Ekonomiczna jazda samochodem

Nastała kolejna zima, czyli najbardziej znienawidzony okres dla kierowców. Niektóre samochody nie odpalają, inne nie chcą się otworzyć, a do tego auta z letnimi oponami robią co chcą na śliskiej nawierzchni. Niestety nikt jeszcze nie wprowadził obowiązku wymiany ich na zimowe. Tak samo jak nikt nie wprowadził jakieś przepisów, które sankcjonowały jak powinna wyglądać ekonomiczna jazda samochodem. Ludzie „piłują” swoje auta na śniegu, zamiast na przykład wrzucić dwójkę i na wyższym biegu spokojnie podjechać. Używać mat na przednią szybę, dzięki którym nie trzeba ich skrobać – a wiem, że prawie każdy kierowca odpala sobie samochód, nagrzewa go od środka i na postoju stoi auto przez 10 minut i wyrzuca z siebie bezsensowne spaliny (za to akurat jest mandat i bardzo, bardzo dobrze). Nie można też na przykład gwałtowanie przyspieszać, potem gwałtownie zwalniać… Po co? Ile razy mija mnie jakiś wariat prawym pasem w mieście, a potem na wjazdówce za jakieś pięć kilometrów widzę go, jak wlecze się za jakąś ciężarówką, a ja spokojnie podjeżdżam. Jesteśmy w tym samym miejscu, choć on gazował jak nienormalny, a ja nie wrzuciłem nawet czwartego biegu. Ekonomiczna jazda samochodem to też przecież oszczędności, a Polak nigdy nie był rozrzutny i cieszy się jak dziecko, gdy cena benzyny spanie o jedenaście groszy, a potem jeździ tak, że spalanie auta kosztuje finalnie pięć złotych więcej na załóżmy 15 – 20 litrach. „Ekonomiczna jazda samochodem” tak powinna nazywać się osobna lekcja w szkołach jazdy, którą każdy musiałby zaliczyć raz na dwa lata. Dosłownie 45 minut podstaw, bez jazd, bo może ludzie nie zdają sobie sprawy z kilku prostych zasad, które (oprócz tego, że wpływają też na ochronę środowiska) potrafią odchudzić portfel, a i to jeszcze nie wszystko…

(Visited 271 times, 1 visits today)